- このトピックは空です。
-
トピック
-
1991-11-11
11:11Mam trzydzieści siedem lat, dwóch synów, dom na lekkim zadłużeniu i pracę w korpo, która kiedyś miała być fajna, a teraz jest po prostu stabilna. I chyba właśnie ta stabilność była moim największym problemem. Nie zdawałam sobie z tego sprawy do pewnego piątkowego wieczoru, który spędziłam… z laptopem na kolanach i telefonem wyciszonym w drugim pokoju.
Wszystko zaczęło się od nudy, takiej zwykłej, ludzkiej nudy w małżeństwie. Marek siedział przed telewizorem, oglądał mecz, a ja przewijałam social media bez żadnej myśli. Czułam się, jakbym oglądała życie innych ludzi przez szybę, która z każdym dniem robiła się grubsza. I wtedy na grupie od znajomych z liceum zobaczyłam post Kryski. Wiecie, tej jednej, która zawsze musiała być w centrum uwagi. Pisała coś o fajnym wieczorze, o tym, że wreszcie odreagowała to całe zamieszanie z jej rozwodem. W komentarzach ktoś zapytał jak, a ona bez pukania odpowiedziała, że testuje vavada kasyno online. Bez sensu, pomyślałam. Tania reklama. Przewinęłam dalej, ale to zdanie gdzieś we mnie utkwiło.
Nie powiem, że nawiedziło mnie w nocy. Życie nie jest dramatem. Ale siedząc w pracy w poniedziałek, łapałam się na tym, że zamiast tabel w Excelu mam przed oczami tę nazwę. Z nudów, wieczorem, gdy dzieciaki w końcu zasnęły, wpisałam to w wyszukiwarkę. Strona wyglądała jak sto innych. Kolorowo, krzykliwie, z obietnicami, których normalnie nie łykam. Ale obok stała kubek kawy, była 22.14, a ja nie miałam w sobie ani grama ochoty na kolejny serial o lekarzach. Mój mąż już chrapał, a ja czułam, że między mną a tym chrapaniem jest jakaś niewidzialna granica, którą sama postawiłam kilka lat temu.
Zarejestrowałam się. Bez nadziei, ot tak, żeby zobaczyć, o co tyle hałasu. Na koncie demo można było pograć bez ryzyka, ale szybko zrozumiałam, że to nie to. W prawdziwym życiu nikt nie daje ci czegoś za darmo, prawda? Przeszło mi przez myśl, że skoro Kryska, która zawsze była maklerką od siedmiu boleści, chwali sobie takie spędzanie czasu, to może ja też umiem się tylko dobrze bawić. I w tej jednej sekundzie, kiedy zobaczyłam to wszystko na ekranie, coś we mnie pękło. Zero adrenaliny, tylko taka kontrolowana ciekawość.
Wpłaciłam pierwsze sto złotych. Dla mnie to jak wyprawa do kina dla całej rodziny, tyle że zamiast popcornu dostałam wirtualne żetony. Grałam w jakiegoś prostego owocowego grinda, coś na kształt jednorękiego bandyty, tylko nowocześniejszego. Za pierwszym razem przegrałam wszystko w godzinę. Nie czułam gniewu, raczej dziwną ulgę, że temat zamknięty. Ale tej nocy nie spałam najlepiej. Nie o pieniądze chodziło, tylko o ten moment, kiedy naciska się przycisk “”obróć””. Przez te kilka sekund nie myślałam o niczym. Żadne dziecko nie wołało mamo, żaden mail nie przychodził, żaden termin nie wisiał nade mną. To było jak medytacja, tyle że brzydsza.
Przez dwa tygodnie nie wracałam do tematu. Aż do piątku, kiedy dzieciaki pojechały do dziadków, a Marek ogłosił, że ma wyjazd firmowy na cały weekend. Zostałam sama. Pierwszy raz od miesięcy. I co ja zrobiłam? Posprzątałam łazienkę, obejrzałam jeden odcinek serialu i zamiast poczytać książkę, włączyłam komputer. Wiedziałam dokładnie, dokąd zmierzam. Logowanie zajęło mi minutę. Znowu było to vavada kasyno online, ale tym razem czułam, że to moja własna decyzja, a nie przypadek z internetu.
Depozyt dwieście złotych. Uznałam, że to mój limit na ten wieczór. Jak pójdzie, to pójdzie, jak przegram, to wracam do serialu. I wtedy stało się coś zabawnego. Zamiast sztywnej gry automatami zaczęłam zwracać uwagę na szczegóły. Na to, jak fajnie podświetla się linia wygrywająca, na drobne animacje, na to, że to po prostu ładnie zrobione. I wyobraźcie sobie, że w pewnym momencie trafiłam sekwencję, która pomnożyła moje środki razy dwanaście. Nie mówię, że jak w filmie, zero wielkich wygranych. Ale ta kwota, coś ponad tysiąc dwieście złotych, zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Bo to było moje, wirtualne, ale jakże satysfakcjonujące.
Mogłabym wam sprzedać historyjkę, że wygrałam, wypłaciłam pieniądze i kupiłam sobie nowe buty. Ale prawda jest inna i chyba właśnie dlatego chcę wam o niej opowiedzieć. Siedziałam przed tym ekranem z wypłaconą wygraną i myślałam. Nie o kolejnym spinie, tylko o Marku. O tym, że on ogląda mecze, bo tam jest jakaś akcja, jakaś nieprzewidywalność. A ja od lat unikam niespodzianek jak ognia. Planuję obiady na tydzień, zakupy na dwóch listach, nawet randki z mężem mam w kalendarzu na raz w miesiącu. I ten wieczór w kasynie pokazał mi, jak bardzo zatkałam sobie wszystkie drogi ucieczki od rutyny.
Poszłam do kuchni, nalałam sobie wina i zadzwoniłam do męża. Powiedziałam mu wprost, że spróbowałam czegoś głupiego, ale bardzo lubię ten stan, kiedy serce bije szybciej, nawet jeśli to tylko wirtualne żetony. On się zaśmiał i powiedział: “”To znaczy, że cię jeszcze nie znudziłem?””. I to było takie proste i prawdziwe. Następnego dnia, zamiast grać dalej, wypłaciłam kasę. Część zostawiłam na koncie, jako taki mój mały pudełeczko z emocjami na deszczowe wieczory, ale poszliśmy z Markiem na kolację do knajpy, której zawsze odmawiałam, bo “”szkoda czasu i pieniędzy””. Zamówiliśmy sushi, które oboje uwielbiamy, a ja płaciłam za wszystko zielonymi, które przyszły z hazardu. Czułam się, jakbym zrobiła komuś na złość. Nie mam na myśli nikogo konkretnego. Może po prostu własnej przyszłości, tej szarej, przewidywalnej i nudnej.
Teraz, z perspektywy czasu, wiem, że dla mnie ta gra nie była ani o pieniądzach, ani o szczęściu. To był rodzaj testu. Sprawdziłam, czy umiem jeszcze poczuć coś, co nie ma planu B. I wiesz co? Umiem. Nie polecam wam pogrążać się w tym nałogu, bo to nie o to chodzi. Ale jeśli kiedykolwiek złapiecie się na tym, że całe wasze życie to powtarzalna pętla, że każdy dzień jest kalką poprzedniego, to czasem warto zrobić coś absolutnie nielogicznego. Dla mnie tym czymś był wieczór z automatami. Ta gra nie dała mi fortuny, nie odmieniła mojego statusu materialnego. Dała mi coś znacznie cenniejszego — poczucie, że wciąż potrafię się zdziwić. I męża, który przestał być tylko współlokatorem w rachunkach, a znowu stał się wspólnikiem w dowcipie.
Kto by pomyślał, że zwykła nuda doprowadzi mnie do odkrycia, jak bardzo zatrzymałam się w życiu. Dziś nie mówię o tym głośno przy znajomych z pracy, ale gdy ktoś pyta, co robię w wolne wieczory, uśmiecham się i mówię, że lubię małe ryzyko. Bo odkąd przestałam panicznie trzymać się planów,
